Tydzień IV (Part II) – Samara i mural z Czerczesovem

Coraz bardziej podoba mi się ta Rosja! Pogoda idealna! Do tego ludzie bardzo gościnni i życzliwi. W Togliatti u jednej rodziny zatrzymałem się na 3 noclegi!

 

Dzień 26 (13.08.2018r.)

Chciałem wstać wcześnie. Ale tak się fajnje spało, iż robię to dopiero o 7.30. Ubieram się, internety oraz wymiana zerwanej szprychy. Potem chops na śniadanie, które serwują o 9.00. Duża miska kaszy na mleku z masłem, kiełbasa, chleb, ser. Czego tylko dusza zapragnie. Lepiej jak w hotelu 😀

Po śniadaniu, chciałem jechać zwidzać Togliatti. No ale plany uległy zmianie. Pierw razem z małym Lwem i dziadkiem jedziemy na rowerach do Dendroparku. Mały ma kupę frajdy!

Wracamy do domu, odpinam tylne koło i jedziemy do serwisu rowerowego – Kross – Country. Zostawiam tam koło do wycentrowania. Chciałem też kupić dodatkowe szprychy, ale akurat nie mieli takich o moim rozmiarze. Wracamy do domu. Gospodarz jedzie na jakieś spotkanie, ja biorę inny rower i razem z małym jedziemy do parku 🙂

Siedzimy tam chyba z 3h. Różne zabawy w smoki, zamki, potem wizyta w bazie u kumpli i gra w piłkę. Normalnie, zostałem nianią 😀 Do domu wracamy zmęczeni (ja tak, on chyba nie) o 13.30. Tu czeka na nas obiad. Zupa, kurczak, zmemniaki…. Najadłem się jak nigdy. Potem do 18.00 leżałem w ogrodzie, montowałem filmy i pisałem relacje. Uffff. Ale to był wysiłek.

Wieczorem razem z Lwem stwiamy namiot. Znowu zabawa. Ale z niego fajny dzieciak. W między czasie z serwisu wraca moje koło. Teraz idzie elegancko! Wieczorem standardowo, kolacja i rozmowy przy herbacie. Tym razem dołączył do Nas wnuk Artiom. Do pokoju wracam o 22.30. Piszę do osób w Astanie i górach Ałtaj w sprawie noclegu i obozu. Planuję też jutrzejszy trip do Samary.

Dzień 27 (14.08.2018r.)

Wstaję o 7.30. Kolejna noc w wygodnym łóżku. Tak to ja mogę spać. Poranna toaleta i równi o 8.00 melduję się na śniadaniu. Tu jedzenie lepsze jak w hotelu. Miska kaszy na mleku z masełkiem, 3 jajka sadzone na boczku, ogórek, jogurt, twaróg, chleb a na deser herbata z mlekiem oraz ciasteczka. 30min konsumowania w towarzystwie gospodarzy 🙂 Potem szybko pakuję torbę ba kierownicę, szykuję rower i ruszam na wycieczkę. Jest punkt 9.00. Cel na dziś – Samara!

Pierwsze kilometry na spokojnie. Potem kilka kilometrów szutru i piachu, bo Garmin ubzdurał sobie jakieś skróty. Po 30km melduję się na autostradzie M-5.

Zaliczam 10km jazdy pod prąd, bo pasy jezdni oddziela barierka a mi się nie chce wracać 8km, aby jechać zgodnie z przepisami. Tutaj i tak nikt nie zwraca na to uwagi. Nawet jeden samochód nie zatrąbił 😀 Po 10km przeskakuję na węźle na drugą stronę. Po kilku kilometrach odbijam w prawo. Długi zjazd, mijam 2 mniejsze miasteczka i rzekę Sok. Pogoda idealna na rower. Ok. 24 stopnie, lekko pochmurno. W końcu mijam znak Samara. Fotka i ruszam na stadion.

Na drodze dojazdowej widać, iż prace zostały zakończone na chwilę przed MŚ. Trawa cały czas nie urosła. Ogólnie infrastruktura bardzo dobra. Stadion z zewnątrz też niczego sobie. Fotki, objazd i próba wejścia do środka.

Niestety, nic z tego. Stadion zamknięty dla zwiedzających 🙁 Niepocieszony ruszam dalej. Kończy mi się picie, więc pauza i tankowanie w jednym ze sklepów. Nawiguje cały czas Garmin. Tak trafiam pod muzeum kosmosu, gdzie znajduje się stara rakieta SOJUZ.

To właśnie w Samarze jest główna fabryka produkująca te potwory. Chciałem odwiedzić muzeum, ale do końca tygodnia „zakryte”.

 

Następny cel – Bunkier Stalina. Po drodze, zaliczam główny plac miasta. Tym razem zamiast Lenina, znajduje się tu pomnik Kujbyszewa.

Jest to bardzo ważna osoba dla tego miasta. Zjazd w kierunku Wołgi i mamy to. Bunkier Stalina. I znowu pech. Zamykają za 5min, więc nie da rady zejść do podziemi.

Fotka przy wejściu i ruszam pod kolejny pomnik.

Potem przejazd przez świetny park i ląduję nad Wołgą.

Super deptak, plaża, sklepiki. Samara to najlepsze miasto w Rosji, jakie do tej pory odwiedziłem.

Nad Wołgą robię sobie 30min pauzy. W drogę powrotną ruszam przed 16.00. Nieoczekiwanie, trafiam na jeszcze jeden plac z fajnym pomnikiem. Tym razem to chyba coś związanego z miastem.

Ostatnie metey po deptaku i do zobaczenia!

 

Wracam tą samą trasą. Tylko że pod górę i wiatr. Na remontowanym moście szybkie spotkanie z robotnikami. Końcowe kilometry mogę jechać bez nawigacji.

Ta sama trasa co w Niedzielę wieczorem 🙂 Przez Dendropark, o 20.35 jestem w domu. Na drodze wita mnie gospodarz. Szybki prysznic i jazda na kolację.

Tutaj znowu wyżerka. Pieczone mięso, kasza, ziemniaki, piwo a na deser słodycze 😀 Masakra! Potem standardowo pogawędka ze starszym wnukiem. W pokoju jestem o 22.00. Mam tu dobrego neta, więc dzwonię do rodziców. Tak mija dobre 45min. Potem pakowanie, szybki serwis roweru i analiza dalszej trasy. Idę spać standardowo po północy 😉

Dzień 28 (15.08.2018r.)

Zaczynam go bardzo wcześnie. 6.30 na nogach. Pakuję sakwy i potem zajmuję się mediami. Wrzucam post na FB, filmik na YT, robię opisy kolejnych dni. W końcu prysznic i równo o 9.00, Lew woła mnie na śniadanie. Dziś serwują naleśniki ze śmietaną. Bardzoo słodkie. Aż czuję cukier pod zębami. A tu nagle gospodarz, wyskakuje z tekstem: ” Żenia, dodaj tam cukru bo to jakieś nałosłodkie!” ? Zjadam 7 sztuk. Herbata, cukierki, dostaję też wyprawkę na drogę (4 naleśniki, czekolada, kwas). O 9.45 idę do pokoju. Toaltea, wynoszę sakwy na zewnątrz. Rower gotowy. Już mam wieszać oiereszą sakwę z tyłu, a tu buuum! Niespodzianka!

Nie wiem kiedy to się stało, ale adapter od bagażnika się złamał! Tylko lekko opierał się na śrubie. No i co tu robić… Sam nic nie zrobię. Przychodzi gospodarz, patrzy. Dawaj! Jedziemy do serwisu! 15min i jesteśmy w Kross-Country. To tutaj centrowali mi koło. Szef patrzy na chorego. Hmmm.

Zamienika nie mam. Ale jest spawarka! 10min roboty i gotowe. Niestety, tak licho to wygląda. Proponuję aby dospawać jeszcze po jednej podkładce z każdej strony. Ok! 10min i mamy adapter lepszy, niż oryginalny! I to za darmo! Spasibo! Wsiadamy do auta i dzida do domu. Tam szybko zakładam sakwy, pamiątkowe zdjęcia i o 11.30 opuszaczam Togliatti. Wyjazd z miasta trochę zajmuje. W końcu docieram do autostrady M-5. Na jednej ze stacji, po 25km robię 30 min pauzy.

Piszę do taty, że wsio ok. Potem jeszcze chwila pogawędzi z kumplem. O 13.30 walczę dalej. Jedzie się super. Trasa płaska albo z górki. Średnia ok. 23km/h. Po 60km odbijam w lewo, taki skrót.

Fajny asfalt, spokój. Na 85km planowana pauza pod sklepem Magnit. Potem przez 60km nie będzie sklepu. Zleciało dobre 30min. Obiad lekko przerwała mi para żuli 😀 Co ja takiego mam, że tak ich przyciągam? 😀 O 17.30 ruszam w drogę. Opuszczam to małe miasteczko – Krasivy Jar. Wracam na M-5. Teraz nic tylko cisnę do przodu. Kilometry lecą, podziwiam fajne widoki.

W końcu mam 120km. 19.00. Widzę przed sobą fajny podjazd. Robię go i postanawiam rozbić namiot na górze. Zjeżdżam 1km w pole. Idealna miejscówa. O 19.40 namiot jest gotowy.

Ja muszę jeszcze chwilkę poczekać. Słońce zachodzi, robię małą sesję fotograficzną. Nie lubię tego aż tak, ale czasem trzeba 😀 Świetny zachód słońca!

Po 20.00 pakuję się do namiotu. Na kolację zupka i połowa konserwy. Dzwonię do brata. 30min zleciało w jedną sekundę. Potem wrzucam fotki na FB oraz Instagram. Spać idę o 23.00 🙂 Z namiotu widzę mnóstwo gwiazd i świetnie oświetloną, małą wioskę w dolinie.


Syberia 2018