Tydzień I (Part II) – Ukraińskie równiny

Kolejna część moich zmagań rowerowych na Ukrainie. Tym razem o wizycie w Równe, Żytomierzu oraz licznych burzach 😉

DZIEŃ 5 (23.07.2018)

Budzę się w lekkich obawach, czy pomieszczenie w którym pani pilnująca stacji zamknęła moj rower, jest już otwarte. Wychodzę z namiotu aby to sprawdzić. Ufff. Ale ulga. Drzwi są otwarte a pani kręci się w poblżu. Biorę rower, stawiam obok namiotu i jem szybkie śniadanie. Potem jeszcze pakowanie i składanie namiotu. O 8.00 jestem gotów do wyjazdu. Co najważniejsze, nie pada.

Szybka dojazdówka do miasta Brody. Tam uzupełnianie zapasów w markecie. W między czasie, zaczęło padać. W wejściu do sklepu przeczekałem najgorsze i późnien w lekkim już deszczyku jadę dalej. W centrum standardowo – budynek władz miasta, jakiś pomnim oraz duży plac. Do tego typowa, komunistyczna zabudowa mieszkalna.

Za miastem znowu pada. Kryję się pod wiadą w lesie. Ja tu muszę jechać, a pogoda krzyżuje mi plany. Niech to szlag!

Na szczęście potem jest już lepiej. Szerokie drogi, pogoda lekko się poprawia.

Sprawnie docieram do miasta Równe.

Tutaj zjazd na przystanek, aby dopompować lekko przednie koło. W tym czasie, rozszalała się kolejna ulewa… To już było ponad moje siły. Na liczniku 100km. Godzina 15.00. Trzeba by jeszcze 150km dziś zrobić. Nie widziałem innej opcji, jak zapytać biuro turystyczne w Kijowie, czy można przełożyć wycieczkę do Czarnobyla. Mail wysłany, pozostało czekać na odpowiedź. Tymczasem znów wyszło słońce. Ruszam na centrum miasta, które jest całkiem spore.

Mijam kilka cerkwi, dużo pomników z czasów wojny oraz jednego Ukraińca, którego babcia mieszka w Chełmie. Chwilę pogadaliśmy i ruszyłem dalej.

Teraz czas na zakupy. Sprawdzam też telefon. I jest! Mam odpowiedź w sprawie wycieczki do Czarnobyla. Da się przełożyć na Niedzielę. Hmmm. No cóż, nie ma wyjścia. Zgadzam się. I w tym momencie nastąpiła całkowita zmiana planów. Zyskałem 2 dodatkowe dni na włóczęgę do Kijowa 😀

Wskakuję na drogę wylotową i pędzę na Żytomierz. Jedzie się wybornie! Słonko znów świeci, płasko i wiatr w plecy. Ogień! Ale taka zabawa trwa raptem 20km. Potem znów czarne chmury i burza… Uciekam pod zadaszenie obok przydrożnego baru. Tam bardzo miła Pani, serwuje mi herbatę w gratisie. Rozkładam się na ławce i czekam. Aż tu nagle, zagaduje do mnie Ukrainiec. Zaprasza do swojego stołu. No dobra. Kupuję sobie piwo i gadamy.

Mieszamy polski z ukraińskim i jakoś dajemy radę sobie wsio wyaśnić. Czasem w użycie idą podstawy angielskiego. Ale rosyjski. Niet. To ukraina. Tu ruskiego nie znamy, nie używamy, nie lubimy! Ruski to wróg nr 1! Coś tam pogadalśmy o zarobkach – średnie na Ukrainie 700-800zł. Dlatego tak dużo pracuje ich u Nas. Na wsi ludzie pracują na roli albo w transporcie. Tak nie ma co robić. Chyba że uciekać do wielkich miast albo za granicę. I tak jedno piwo, drugie, trzecie… 21.30… Robi się ciemno… O kurde, ja muszę namiot rozbić! Chłopaki, nie macie jakieś mienscówki u siebie na placu? Niet 🙁 Ale, za 2km po prawej, masz fajną kapliczkę. Tam możesz się rozbić 😉 OK! Dzięki wielkie! Wskakuję na rower i slalomem pokonuję ostatnie kilometry. Nagle, jest oto i ona. Kapiczka 🙂

Faktycznie, obok sporo miejsca. Ale w środku też niczego sobie. Po co rozbijać namiot. Dziś śpimy jak na MRDP 😀 Sprawnie rozkładam się w kapliczce. Gotuję zupkę, internety i jeszcze przed północą idę spać 😉

DZIEŃ 6 (24.07.2018)

Nocleg w prawosławnej kapliczce był strzałem w dziesiątkę. Budzę się wypoczęty, namiotu nie trzeba zwijać. Same plusy. W dodatku krzaki (czyt. WC), są na wyciągnięcie ręki. Na śniadanie gotuję sobie makaron z jogurtem oraz herbatę. Do tego montuję i wrzucam kolejny filmik na YT. Coraz bardziej mi się to podoba i coraz szybciej idzie! Z kapliczki wychodzę dopiero po 9.00. Od dzisiaj już się mi nie śpieszy. Wycieczka do Czarnobyla przełożona. Można powoli turlać się do Kijowa. Zapinam sakwy i w drogę.

Na poranną toaletę standardowo wbijam na pierwszą stację. Tunteż spotykam dwóch Ukraińców, którzy pracują w Polsce. Są pod wrażeniem mojej wyprawy. Dostają wlepkę, którą od razu przyklejają na samochód 🙂

Potem rozmawiam z nimi jeszcze o wojnie na wschodzie Ukrainy. Mówią, iż walki wciąż trwają. Dziennie giną tam żołnieże oraz cywile. Jeden z nich opowiada także, o perypypetiach siostry, która pracuje na Krymie i musi przekraczać „nową” granicę. Pod koniec, chłopaki zaproponowali mi nawet podwózkę do Kijowa, no ale nie mogłem się zgodzić 😀

Kolejnym  przystankiem na mojej drodze jest Korzec. Większe miasto, które kiedyś leżało na granicy Polski. Tak. To aż tutaj sięgała Nasza ojczyzna w czasach świetności.

W centrum miasta jest akurat dzień targowy. Stragany i pełno ludzi. Sam robię zakupy na obiad (jogury, jakieś wypieki, picie). Tak obładowany, ruszam na ruiny zamku.

Niewiele z nich zostało, ale widok ze wzgórza zamkowego bardzo ładny. Tutaj też zjadam nabyte towary. Zjadłem, porobiłrm zdjęcia, czas opuszczać to miasto. Ale to nie koniec. Po drodze trafiam jeszcze na bardzo fajną cerkiew. Wchodzę nawet do środka. Wszystko mieni się złotem na na ścianach wisi mnóstwo ikon.

Następne kilometry to znowu dojazdowa, ruchliwa droga do Nowogrodu Wołyńskiego. Niebo cały czas zachmurzone. Raz uciekam na przystanek przed intensywną burzą.

Finalnie docieram do kolejnego miasta. Tam pora na kolejne zakupy. Przecież coś muszę jeść na kolację 🙂 Ponownie kupuję jogurt, który zjem na śniadanie z resztą makaronu oraz zupki chińskie z chlebem na kolację. Odpowiedno zaopatrzony przebijam się przez ruchliwe, dziurawe, miejskie ulice 🙂

Za Nowogradem droga znów jakby była wytyczana od linijki. Dla zabicia czasu liczę kilometry jednej z nich. Rezultat – 17km. A to i tak słabo. Są tu i takie ponad 30 km 😀 W końcu gdzieś po 20.00, znajduję fajne miesjce na biwak. Kilka wiat, miejsc na ognisko. Wszystko gotowe pod właśnie monego typu noclegi. W towarzystwie kilku młodych Ukraińców, którzy mają swoją dyskusję, rozbijam namiot. Potem kolacja i nagle zaczyna padać deszcz. Ma się tego farta 🙂 Wieczór spędzam standardowo na nauce kolejnych rosyjskich słówek czy przeglądaniu internetu. Gdzieś po 23.00 zasypiam.

DZIEŃ 7 (25.07.2018)

Dzisiejszy dzień zapowiadał się na bardzo leniwy i rzeczywiście taki był 🙂 Wstaję bez pośpiechu po 7.00. Na śniadanie gotuję makaron oraz herbatę. Do tego, korzystając z nadmiaru czasu i dobrego internetu, sklejam filmik na youtube. Obóz miałem rozbity w bardo fajnym miejscu, dlatego nigdzie się mi nie spieszyło 🙂

Coś po 9.00 zaczynam pakować sakwy oraz zwijać namiot. W między czasie zagaduje do mnie lokalny Ukrainiec. Pyta czy mam pożyczyć zapalniczkę. Ratuję go, po czym odpala papierosa i odchodzi, życząc powodzenia w dalszej podróży. O 10.00 jestem gotowy. Ruszamy!

Najpierw czeka mnie 20km dojazdu do Żytomierza. Ruch na drodze w normie. Już do niego przywykłem. Pogoda znowu pochmurna, ale przynajmniej nie pada. W końcu o 12.00 melduję się w centrum miasta.

Żytomierz, jaak każde miasto na Ukrainie, ma szerokie drogi o nienajlepszym asfalcie. Do tego wszędzie cała masa trolejbusów. W centrum trafiam na bardzo fajną ulicę z ciekawą instalacją parasolkową 🙂

Później zagaduje mnie miejscowy mieszkaniec. Typowa dyskusja o podróży i Rosji, pod której dyktando gra cała Unia Europejska na czele z Niemcami. Robię pamiątkową foktę i ruszam na poszukiwanie sklepu.

Centrum miasta

Po chwili, wbijam do supermarketu. Na obiad kupuję coś do picia oraz tutejsze wypieki. Każdy większy sklep ma tu swoją piekarnię, w której można kupić naprawdę smakowite rzeczy.

Pokonując fajny zjazd oraz most na rzece, opuszczam miasto.

Żytomierz

Żytomierz

Kawałek dalej, rozsiadam się wygodnie na ławce. Pauza na obiad. Wcinam zakupione wypieki, piszę z kumplem z Ukrainy, sprawdzam wyniki el. LM (BRAWO LEGIA!!). Dalej ruszam o 14.00.

Nie ujechałem 10km gdy zrobiło się bardzo ciepło. Chmury wyparowały i słońce wali na maksa. Staję na stacji. Rozkładam panele i znów robię przerwę. Siedzę kolejne 1,5h i nadrabiam zaległości w social media 😀 Choć i tak jeszcze jestem do tyłu 😉 Mam czas, nigdzie się mi nie spieszy. Dzwonię jeszcze do kumpla na urodziny. A ten jak się rozgadał, to ponad 30min zleciało. O 16.00 ruszam dalej.

Elektrownia

I znów to samo. Ujechałem jakieś 20km i na horyzoncie pojawiła się sroga burza. W gratisie miałem fajną tenczę, ale po raz kolejny lekko oberwałem. Ratuje mnie przystanek (który to już raz??). Zbów pauza dobre 45min. Uczę się podstaw rosyjskiego 😉

Przed 18.00 ruszam dalej. Na liczniku dopiero 60km… Dojeżdżam do większego miasta. Szybkie zakupy na kolację – woda + zupka chińska + chleb. Na wylocie z miasta, mijam całą masę stoisk z domowymi wyrobami, miotłami, grzybami czy owocami lasu. W końcu po 90km znów zaczyna padać. 15min pauzy na stacji OKKO.

Dość tego, nie chce mi się już jechać. W następnej wiosce znajduję szkołę. Wbijam na plac i tam rozkładam namiot. Po chwili odwiedza mnie Ukrainiec. Mówi, że spokojnie mogę tu spać. Gdyby coś, może nawet szkołę otworzyć. Pyta jeszcze czy czegoś nie potrzebuję. Wsio mam, wię życzy dobrej nocy i odchodzi.

 

Potem spotykam jeszcze dwójkę dzieci z okolicy. Pogdaliśmy i wróciłem do namiotu. Jest 21.00. Na kolację zupka chińska. Pierwszy raz gotuję na nowym gazie. Zobaczymy długo pociągnie 🙂 Potem telefon do domu. Chyba z 1h gadałem. Następnie montaż filmiku, internety i gdzieś o 23.30 idę spać. Kolejny bardzo fajny dzień za mną 😉


 

PODSUMOWANIE I Tygodnia:

– 2 państwa: Polska, Ukraina

– 7 dni rowerowych

– 942km


Syberia 2018