Tydzień 5 (Part I) – Republika Baszkorstanu

Pędzię dalej przed siebie. Po krótkiej wizycie w Tatarstanie oraz małych problemach ze szprychami, w końcu złapałem rytm. Republika Baszkorstanu na zawsze pozostanie w mijej pamięci ?

Dzień 29 (16.08.2018r.)

Nie ma to jak nocleg ma wygodnej, miękkiej trawie. Wstaję o 7.00. Na dworze chłodnawo i wietrznie. Wcinam resztę konserwy, czekoladę i kołaczyka. Przegląd prasy internetowej i pisane relacji od 8.10. Opisanie 4 dni, zajmuje mi 1,5h ?

9.40. Biorę się za zwijanje namiotu. Ruszam o 10.15. Idealny wiatr w plecy. Jedzie się aż miło.

Szybko i sprawnie, ze średnią 25km/h pokonałem 30km do najbliższego miasta – Sukhodol. Tam zakupy i odpoczynek w parku.

Siedzę na ławce, a obok mnie Lenin wpatrzony w fontannę.

Może i miasta nie są tutaj zbyt piękne, ale parki robią wrażenie. O 13.15 ruszam w dalszą drogę! Nie powiem, jedzie się fajnie z wiatrem w plecy, ale te chopki mnie wykańczają. Za cały dzieś spokojnie uzbiera się ponad 1000m w pionie. Widoki bardo fajne, co jakiś czas w oddali widać małą wioskę. Sklepów po trasie brak.

Na 95km, nie mam już picia. Robię zakupy w małym, przydrożnym sklepiku obok hotelu. Za kwas 1,5l oraz wodę 2l, płacę 230 rubli. Zdexydowanie za dużo, ale innej opcji nie ma. O 17.00 startuję ponownie.Wszystko idzie jak po maśle, do 120km. Tam zaczyna mi lekko schodzić powietrze z tyłu. Hmmm. Jest już po 18.00. Nie ma sensu tego naprawiać. Dopompowywuję koło i ruszam dalej.

Po drodze zatrzymuje mnie jeden gościu sprzedający miód przy ulicy. Ogromnie go zaskoczyłem. Kosztuję moidu – wyborny! Pamiątkowe foto z Witalijem i jazda. Na 130km pauza na stacji. Znowu pompuję koło oraz myję ręce w toalecie i teochę siebie. Dziś znów było ciepło. Jest już 20.30.Po raz kolejny zmieniłem strefę czasową! Jeszce chwila rozmowy ze strażnikiem na stacji, daję mu wlepę i jazda.

Miałem planie jeszcze 10km i rozbicie obozu. Aż tu nagle, TRACH! Szprycha nr 7 poszła 😀 I w taki oto sposób, z zerwaną szprychą i praktycznie bez powietrza w kole zdobyłem ostatni podjazd! Juz szukałem miejsca na namiot, ale patrzę – budowa. Remontowany gościnec i trzech robotników w środku. Podbijam. Pytam, czy byłaby możliwość rozłożyć się gdzieś w środku. Gościu lrowadzi mnie na piętro i pokazuje fajny pokój. Ok! Biorę ?

Wnoszę cały majdan na górę. Do tego, okazało się iż Panowie śpią tuż za ścianą. Po prostu nie opłaca im się wracać codziennie do domu. Jest 21.00. Nastawiam wodę w czajniku i biorę się za naprawę roweru. Na początek wymiana szprychy nr 7. Łatwo poszło. Teraz dętka. Dokładnie sprawdzam oponę. Jest! Mamy winnego. Kawałek cienkiego druta, idealnie wbił się w oponę. Jakieś 6mm. Dlatego powietrze tak wolno schodziło z koła. Wyciągam gnoja i wsadzam nową dętkę. Stara idzie do łatania.

Na kolację melon od robotników oraz zupka chińska – gulaszowa jeszcze z Polski! Mniam! O 23.00 gaszę światło. Dziś nocleg bez internetu. Piszę tylko relację, trzeba zacząć robić to regularnie ? 15min i idę spać

Dzień 30 (17.08.2018r.)

Wstaję o 7.15. Robotnicy też już się krzątają. Zrobili mi herbaty. Do tego chleb z serkiem. Dziś nie ma dużo pakowania, więc o 8.15 jestem gotowy.

Jeszcze tylko toaleta na pobliskiej stacji, pamiątkowe zdjęcia i ruszam w bój.

Na dworze pochmurno i zimno. Po 6km pauza na przystanku i zakładam długi rękaw. Ujechałem kolejne 10km i widzę fajną stację i motel Riviera. No dobra, pauza. Idę do toalety. A tam wypas – prysznice, umywalki. Cała infrastruktura pod TIRowców. Do tego jest WiFi. Mój net dalej tu nie łapie. Myję zęby, ręce i twarz. Info do domu, że żyję. Wrzucam też filmik na YT nr 17 ? Trochę to zajmuje. Dowiaduję się też, o całkowitej kompromitacji Legii…

Ruszam o 10.15. Pochmurno, ok. 17 stopni ale nie pada ? Ujechałem jakieś 5km, trach… Strzela szprycha numer 8! Łapię ją lekko taśmą i lecę dalej. Zaliczam wytrwale kolejne podjazdy. I mam pojęcia dlaczego, ale na 30km strzela druga szprycha ? Mam już tego dość. Dojeżdżam do najbliższej stacji TIRów i biorę się za naprawę. Zużywam 2 ostatnie, zapasowe szprychy. Przy naprawie pomaga mi jakiś TIRowiec. Udaje fachowca znającego się na rowerach 😀 No więc, plany były mocarne a tutaj już 11.00 a ja mam jakieś 35km na liczniku. Niby wczesna pora, ale nie do końca. Dziś 2 razy zmieniałem strefę czasową.

Do Tatarstanu wjechałem akurat przed awarią roweru. Dlatego, nie była 11.00 a już 13.00. Taka śmieszna sytuacja. W końcu przejechałem Tatarstan i dotarłem do granicy z Bszkorstanem. Koleja muzułmańska republika na trasie. Było po 14.00. Ale, z racji tego, że Oktiabrijsk leży już w Baszkorstanie, zrobiła się 16.00 ?

W pierwszej knajpie kupiłem sobie mały kebab – Szwarma. Koszt 150 rubli. Potem jeszcze solidne zakupy w sklepie, gdyż nocleg miał wypaść gdziś w polu. No i zaczynam przebijać się przez miasto. Dojeżdżam na plac główny, a tam oczywiście Lenin. Przy okazji zauważyłem jakiś sklep rowerowy, ale akurat nie mieli tam szprych do zakupu. No nic, jadę dalej traktem Lenina. Na jednym z podjazdów wracam do koszulki z krótkim rękawem. Zrobiło się za ciepło. Potem toaleta na stacji LukOil. Jadę sobie, jadę. Ludzie dopingują i pozdrawiają.

Nagle, jeden samochód zwalnia i gościu do mnie zagaduje. Mówie ze jadę z Polski. Tak sie zdziwił, iż zatrzymał mszynę kilka metrow dalej. Ja też się zatrzymuję. Zaprasza mnie na herbatę. No dobra, dlaczego nie. Pokazał jak jechać. Za 3km mnie dogonił i skręciliśmy do małej wioski na przedmieściach. Podjechaliśmy pod jego dom. Przywitanie. W domu 3 dzieci i żona. Siadamy do obiecanej herbaty. No i się zaczęło.

– Herbata, a potem może sauna, piwo?

– No dobra!

– Ok, w takim razie zostajesz tu na noc ?

Tak zostałem gościem bardzo miłego obywatela Baszkorstanu – Fidana. Po herbacie i pulpetach na obiad, udałem się na 3h do sauny. Była baszkirska herbata i długie chwile relaksu. To jest to! Sauna bardzo fajna, podobno 3 lata ją budował. O 21.30 wróciłem do domu. Tam już czekało piwo, becherovka i kolacja. Fidan bardzo lubi te trunki, bo jest fanem Czech. Często bywa w pracy. Jak sam siebie nazwał, jest z niego taki „Little Boss” w firmie zajmującej się instalacjami gazowymi. No dobra, w końcu jestem w Rosji. Gaz jest wszędzie. Bardzo lubi też Indie, Nepal i Sri Lankę.

Do tego opowiedział śmiszną historię. Raz jechał do Berlina i w torbie miał kilka sztuk VENIKA. Venik, to taka miotła z gałęzi brzozy lub dębu, którą masuje się w saunie. Podczas kontroli, musiał otwożyć torbę. A tam na górze venik. Strażnik pyta: ” Co to?”. On tłumaczy, że do masarzu itp. Na co strażnik: „Sado-masso?”. Nieee. To nie do tego. Śmiechom nie było końca. Strażnik nie potrafił tego ogarnąć. Ale w końcu go puścił 😉

Dobra. O 22.30 poszliśmy na spacer do brata. Mieszka dwie ulice dalej. Tam spotkałem jego żonę, która pochodzi z Legnicy! Z Polski wyjechała w wieku 5 lat, więc nie za bardzo zna Nasz język. Tam znów herbata z mlekiem i pizza. Fotka w stroju pilota, którym był brat Fidana. W końcu udało się pożegnać. Tu mała gafa z mojej strony. Chciałem uściskać Panią domu na pożegnanie, ale przecież ona jest muzułmanką!

Na szczęście wszystko zakończyło się tylko śmiechami 😉 Wracamy do domu. Na wsi cisza. Trochę chłodnawo. Na dobranoc jeszcze po kieliszku Becherovki i można iść spać! 23.30 ląduję w pokoju. Wrzucam jeszcze na FB moje fotki w mundurze. Takiej dyskusji pod moim postem to już długo nie było 😀

Dzień 31 (18.08.2018r.)

Rano zamówiłem śniadanie na 8.00. Wstałem o 7.20, ale spokojnie dałem radę spakować cały majdan oraz wskoczyć w kolarskie ciuchy. Na drogę dostałem butelkę baszkirskiego miodu 😉 Potem śniadanie – 3 jajka oraz naleśniki z twarogiem. Do tego herbata z mlekiem obowiązkowo. Ostatnia wymiana zdań z gospodarzem, pakuję rower, ściskam jego żonę (dla niej to nie problem) i ruszam do Ufy!

Jest 8.45. A więc wszystko zgodnie z planem. Rano trochę zimno, gdzieś 15 stopni więc po trasie zakładam długi rękaw. Pierwszy etap dość pagórkowaty. Na szczęście wiatr tylko boczny. Po 45km pierwsza pauza na przystanku.

Zjadam chleb z serkiem. Dziś jadę przez odludzia. Po drodze brak większych wiosek. W zasadzie tylko stacje paliw co jakiś czas. Wioski też są, ale trzebaby odbyć kilka kilmetrów w prawo lub lewo. Widoki fajne, takie pagórki jedzie się dużo łatwiej niż równiny.

Na 90km znów pauza na przystanku. Teraz wcinam konserwę. Cały czas słońce świeci, ale wieje ten zimny wiatr.

Gdzieś po 120km wskakuję na bardzo fajnie zmodernizowaną autostradę.

Ma ona 2 pasy ruchu oraz szerokie pobocze. Tak można jechać. Zatrzymuję się też przy małej, biednej wiosce aby wykonać kilka fotek. Na 130km zaliczam trzeci przystanek. Kończy mi się picie. Zjadam resztę chleba. Dochodzi 18.00 a mi pozostało jeszcze 40km. Trzeba ciś! Ni ma lekko!

W końcu docieram do znaku UFA!

Robię fotki i spotykam Anglika, który dojechał motorem do Magadanu. Jest zmęczony po 12h jazdy. Co ja mam na to powiedzieć? 😀 Wpisuję w GPS adres. Cooo?!? 25km?? No tak… Typowe, malutkie, rosyjskie miasto. Piszę do dziewczyny, która ma na mnie czekać, że się spóźnię. Artiom nie może mnie powitać bo jest na weselu 😀

Jadę, jadę i jadę. Do tego znowu dchodzi mi powietrze z tyłu. 2 razy dziś pompowałem. Teraz juz mi się nie chce.

Jakoś dojadę. Zaliczam ogromną rzekę. Fajny widok na miasto. W oczy rzuca się duży meczet. No tak, Baszkorstan. Ostatnie 8km i o 20.40 melduję się pod blokiem.

Vlada otwiera drzwi, windą na 6 piętro i jestem w pokoju. Teraz szybki prysznic i kolacja – makaron z parówkami 😀 Następne 3h to przeglądanie FB. Do 1.00 czekamy na gospodarza. W końcu wraca! Herbatka na powitanie i zbieram się spać o 1.45. Nareszcie! Dobranoc!

Dzień 32 (19.08.2018r.)

Na dziś plan był prosty. Wstać i potem się zobaczy. Udaję się to o 9.00. Na śniadanie miska kaszy na mleku z bananem, bardzo mi smakuje! Potem obmyślamy plan. W końcu o 10.30 jazda.

Ja na rowerze, kolega na rolkach. I tak śmigamy po Ufie. Jakieś super atrakcyjne dla turystów miasto, to to nie jest. Stosunkowo młode i małe. Główna rozrywka to centra handlowe. Jedziemy pod pomnik największego Baszkirskiego bohatera.

Tam dużo zdjęć bo widoki super. Potem zaliczamy parki i wracamy powoli do domu. Jeszcze fotka pod stadionem UFA Arena i wizyta w swerwisie.

Tam bez problemu kupuję 8 sztuk nowych szprych za 64 ruble. I to jest normalna cena! A nie 3€ za sztukę jak we Francji. Do domu wracamy o 14.30. Zobaczyliśmy jeszcze fajny park z zoo podczas powrotu. A następnie stok narciarki 😀 Tak, Ufa ma stok narciarki i to nawet całkiem fajny.

Cały ośrodek można powiedzieć.

Artiom zbiera się do roboty. O 15.00 wyruszam razem z nim. Pracuje w Decathlonie. Zostawia mnie w dużej galerii handlowej – Planeta. Sklepy mnie nie interesują. Od razunidę coś zjeść. Zamawiam pizzę i pepsi za 450 rubli. Siadam i czekam 20min. W końcu odbieram pizzę! Bardzo smaczna. Jem powoli. Potem ruszam jeszcze na zakupy do supermarketu. Robię zapas jedzenia. Na jutro oraz na trasę. Niespodziewanie dostaję info od kolegi. Ktoś podjedzie po plecak do domu. Ok. O 17.00 jestem w mieszkaniu. Daję gościowi plecak i do roboty.

Walczę z materiałami na blogu. I tak do 22.45. W międzyczasie dostaję ofertę, aby pojechać o 23.00 na ustawkę po Ufie. Ok. Wchodzę w to. Gospodarz wraca, ubieramy się, on rolki ja rower i jazda. Jest nas 5. 4 facetów i dziewczyna. Śmigamy ulicami miasta. W jednym z parków pauza na piwko. Jest ok. 10 stopni ale co tam! Zabawa przednia. Potem jeszcze wizyta w barze na burgera.

O 2.00 ruszamy do domu. Po trasie się rozjeżdżamy. O 3.00 w końcu na miejscu. Ale jestem wykończony. Od razu idziemy spać. Ale to był super dzień! Takie chwile pamięta się na zawsze!


Syberia 2018