Tydzień I (Part I) – Początki zawsze są najtrudniejsze

Najgorzej zawsze jest na początku. Trzeba się zebrać i opuścić ciepłe gniazdko rodzine. Tam samo było w moim przypadku

Na wstępie chciałbym przeprosić za brak regularnych wpisów na tym blogu. Pierwszy tydzień, dużo nowych rzeczy, ciągły brak czasu. Ale teraz mam już wszystko pod kontrolą! No to ruszamy z tymże blogiem!

DZIEŃ 1 (19 LIPIEC 2018)

Pierwotnie miałem ruszać w Poniedziałek. Ale się nie wyrobiłem. Dlatego nastąpiła zmiana terminu na Środę. Tutaj natomiast przeszkodziła pogoda i ulewne deszcze. Ale co się odwlecze, to nie uciecze 🙂 Wstaję w 6.30 w Czwartek. Nie pada! To jest ta chwila, ten moment! Jem jajecznicę na śniadanie. Pożegnanie z mamą. Potem ostatnie pakowanie. Razem z tatą ubieramy rower w sakwy. Dochodzi godzina 8.00. Wsio gotowe!

Równo o 8.00 ruszam w drogę! Ahh. To uczucie gdy znikasz na kilka miesięcy 🙂 Pierwsze kilometry są najgorsze. Jedzie się po znanej okolicy, do tego strasznie powili lecą kilometry. Wszak to nie szosa, gdy mkniemy ponad 30km/h.

W jednej z miejscowości na światłach, kierowca z auta obok zagaduje gdzie jadę. Gdy pada słowo SYBERIA, pada w lekkie osłupienie. Ale życzy piwodzenia i trzyma kciuki za wyprawę. W końcu po jakiś 80km wjeżdżam na bliżej nieznane tereny – Gmina Osiek. Tam trafiam na bardzo fajne jeziorko i resort.

Aby wrócić na drogę główną, wybieram skrót przez las. W taki sposób funduję sobie pierwszą przygodę wyjazdu 🙂

Kolejne kilometry lecą. W okolicy Zatoru, zaczyna psuć się pogoda. Dodatkowo jestem już trochę głodny. Dlatego funduję sobie pauzę na przystanku i małe co nieco w postaci swojskiej kiełbasy i chleba 🙂

Kalorie uzupełnione! Drogą DK94 lecę na Kraków. Jednakże, nie wpycham się do centrum. Przed miastem odbijam w prawo na Mogilany. Dalej jest pochmurno, ale nie pada. Niestety, dochodzą liczne, krótkie ale bardzo sztywne podjazdy. Jeden z nich ma nawet 17%!! Była rzeźnia, ale udało się podjechać 😉 Widoki bardzo fajne, niestety ograniczone przez liczne chmury, które wiszą bardzo nisko.

Potem znowu zaczyna padać deszcz. Czeka mnie również chwila jazdy w błocie, bo remontują drogę. W końcu w miejscowości Gdów pierwsza pauza na zakupy. Picie oraz jakieś kołoczki. Tam zaczepia mnie starszy Pan. Pyta co, jak i gdzie. Również jest lekko zaszokowany celem mojej wyprawy. Dostaje wlepkę i życzy powodzenia. Z jego opowiesci wynika, iż przełożenie wyjazdu to była dobra decyzja. Podobno wczoraj lało tu niemiłosiernie! Najedzony ruszam dalej.

Następne kilometry to dalej jazda góra, dół. Chmury zawieszone bardzo nisko. Chyba za Nowym Wiśniczem trafiam na fajny zamek.

Czasem coś lekko pokropi. W końcu dociera do Okocimia. Teraz już będzie płasko. Przejeżdżam przez Brzesko i rozbijam namiot w polu kilka kilometrów za miastem. Jest godzina 21.00, ale jest już szaro. Lekko pada i całe niebo niemiłosiernie zaciągnięte chmurami.

Podczas oględzin roweru, zauważyłem iż moje siodełko powiedziało dość! Biorę je do środka i reperuję. Może to pomoże. Jeśli nie, będę musiał kupić nowe.

Wieczorem montuję filmik. Na kolację kiełbasa i chleb 😉 Nie chce mi się jeszcze gotować. Około północy idę spać 😉

Dzień 2 (20 LIPIEC 2018)

Noc przebiegła bez problemów. Bardzo fajnie się spało. Wstaję ok. 6.00. Na dworze wciąż pochmurno. Odpalam telefon i korzystam z internetu, jakiego w Polsce mam pod dostatkiem. W końcu ospale pakuję sakwy, zwijam namiot i o 7.30 ruszam w dalszą drogę.

Nie ujechałem kilku kilmetrów, a moim oczą ukazał się Orlen. Od razu obudził się instynkt ultra kolarza. Nie mogłem sobie darować takiej okazji na ciepłe śniadanie. Na miejscu zjadam 2 hot-dogi oraz odwiedzam WC w celu porannej toalety. W taki sposób szybko zleciało ponad 30min. A do granicy jeszcze daleko. No cóż, jadę dalej.

Cały czas pędzę DK94, która przed Tarnowem jest już znacznie bardziej płaska. Siodełko, które wczoraj pokleiłem jakoś się trzyma:D W Tarnowie zaczyna lekko padać. Przejazd przez miasto trochę się wydłuża, z racji remontu jednej ulicy i konieczności objazdu. Za miastem odwiedzam miejscowość Skrzyszów. Niby już tyle kilometrów, a tylko jedną wieś ujechałem 😀

Kolejna większa mieścina to Pilzno. Tak. Dokładnie to samo co w Czechach. Tylko piwa tak dobrego tu nie mają 😉 Pauza na rynku, oględziny siodełka – z tego już nic nie będzie. Znowu się rozpadło…

Ledwo siedząc doneżdżam do Dębicy. Tam wpadam do pierwszego sklepu rowerowego. Ufff. Mają siodełka! Za 60zł kupuję nowe siedzisko – żelowe! Szybki montaż i mogę pędzić dalej.

Szybko zaliczam kolejne miasta. Pierw Ropczyce – bardzo fajnym zjazdem oraz przejazd przez centrum, gdzie spotykam kolarza śledzącego moją wyprawę. Pozdrowienia! Potem Sędziszów Małopolski, gdzie robię małe zakupy. Teraz już została ostatnia prosta do Rzeszowa! Pogoda znacznie się poprawiła. W końcu wyszło słońce!

Ostatnie podjazdy, zjazdy i jestem. Rzeszów. Pamiątkowe foto i jadę na centrum.

 

Ale nie dane mi było tam dojechać 😀 W ostatniej chwili uciekam na Orlen przed burzą. Korzystają z okazji, wcinam hot doga i wrapa na obiad 🙂 Po 45min przestaje padać.

 

Ujechałem może z 2km i tu nagle kolejna burza! Szybko na przystanek i znów pauza 15min. Potem w lekkim deszczyku ruszam na centrum.

Tam zaliczam najważniejszy pomnik oraz rynek z bardzo charakterystyczną studnią.

I to by było na tyle. Teraz kieruję się na Łańcut. Znów bardzo pofałdowany teren. W godzinach wieczornych, ok. 20.00 melduję się w mieście Jarosław. Tak przy okazji, bardzo ciekawe z fajną architekturą. Na końcu miasta zakupy w Biedronce.

 

Obładowany opuszczam miasto. Szukam miejsca na nocleg. Zrobiłem tak z 7km, aż w końcu przed wioską Radymno coś znalazłem. Po 21.00 rozbijam namiot. Kolacja, piwo, internety. Coś o 23.00 idę spać. To był udany dzień 😉

Dzień 3 (21 LIPIEC 2018)

Na razie tylko statystyki.

Part I

Part II

 

Dzień 4 (22 LIPIEC 2018)

Statystyki


Syberia 2018